top of page

Na czym polega metoda D’Hondta?



Jednym z gorących haseł ostatnich miesięcy to tzw. "jedna lista", która miała być prostą receptą na zwycięstwo w wyborach 2023. Czy tak jest w istocie? Należy wziąć pod uwagę wiele czynników, z których osławiony system podziału mandatów - tzw. metoda D’Hondta - jest jednym z wielu, niekoniecznie najistotniejszym.

Przyjrzyjmy się tej sprawie bliżej i wyciągnijmy własne wnioski ...


Uwzględnijmy np. następujące czynniki:

  • specyfika zachowań pewnych grup wyborców (ze względu na płeć, wiek, wykształcenie, miejsce zamieszkania, sytuację rodzinną, stosunek do religii itd.),

  • rozkład głosów w poszczególnych okręgach wyborczych,

  • głosy, które nie zostaną oddane w przypadku połączenia w jedną listę.

Część ugrupowań politycznych ma elektorat negatywny, który nie poprze listy, na której taki podmiot się znajdzie. Zniechęceni wyborcy raczej zostaną w domu lub zagłosują na ugrupowanie, którą postrzegają jako "partię anty-systemową", jak w przeszłości Ruch Palikota, Samoobrona czy Kukiz'15. Wiele wskazuje na to, że w wyborach 2023 roku z tą etykietą będzie chcieć się prezentować ... Konfederacja.


Nie zapominajmy też, że w 2018 roku opozycja szła do wyborów do Parlamentu Europejskiego w jednym bloku, a mimo to więcej mandatów uzyskało Prawo i Sprawiedliwość. Szeroki blok zjednoczonej opozycji nie spowodował też zmiany władzy na Węgrzech. Jak widać ta recepta niekoniecznie działa.


Skupmy się na obecnych faktach, czyli 2-3 blokach opozycyjnych, które wyłoniły się z wyborczych przedbiegów. Czy mogą one być wystarczająco dobrą alternatywą dla jednej listy?


Prof. Jarosław Flis, socjolog związany z Uniwersytetem Jagiellońskim, w wywiadzie dla Tygodnika Powszechnego w 2022 r. zwracał uwagę na następujące kwestie:


"Ze zjednoczeniem jest ten problem, że ciężko będzie namówić zwolenniczkę Partii Razem, by zagłosowała na listę, na której znajdą się jakieś „konlibki”, czyli politycy konserwatywno-liberalni. (…) Jest też obawa w drugą stronę, że konserwatywny zwolennik opozycji będzie wolał zagłosować na listę PiS lub w ogóle zostać w domu, niż przyczynić się do wyboru radykalnego działacza lewicowego. I jest też możliwość, że pojawi się ktoś, kto po takich zagubionych wyborców sięgnie i zagra o rolę trzeciej siły."


Prof. Flis dodaje też:


"(…) istnieją dwa sposoby na dopływ dodatkowych wyborców:

  1. przekonywanie tych, którzy się wahają, na kogo głosować,

  2. oraz mobilizacja tych, którzy niechętnie idą do urn, lecz jak już idą, to wiadomo, na kogo zagłosują.

W państwach o dość nieustabilizowanej sytuacji politycznej frekwencja spada zarówno wtedy, gdy liczących się partii jest za dużo, jak i wtedy, gdy jest ich za mało. Jak jest za mały wybór, to wysublimowany wyborca nie może znaleźć kogoś, kto mu się naprawdę podoba. Jak wybór jest zbyt duży – rodzi się wrażenie chaosu i brak przekonania, że wybory naprawdę coś mogą zmienić. To też może zniechęcać do pójścia na wybory."


Z analizy rezultatów poprzednich wyborów przygotowanej przez Oko.Press wynika, że przy podobnej liczbie głosów PiS zyskuje na liczbie mandatów. To nie jest kwestia szczęścia – pisze OKO.Press – PiS korzysta z faktu, że siła głosu wyborców z metropolii jest mniejsza niż pozostałych. Wynika to z trzech powodów:

  1. Braku korekty demograficznej wielkości okręgów.

  2. Przypisywania głosów z zagranicy do Warszawy.

  3. Wyższej frekwencji w metropoliach.

W artykule zwrócono uwagę na fakt, że przy braku odpowiednich korekt demograficznych może zdarzyć się, że partia uzyskująca najwięcej głosów nie zdobędzie największej liczby mandatów. Zresztą przykłady tego mamy chociażby w Stanach Zjednoczonych, gdzie w wyborach do Izby Reprezentantów zdarza się nadreprezentacja partii, która realnie uzyskała mniej głosów. A także fakt zostania prezydentem kandydata, który miał mniejszą liczbę głosów od swojego wyborczego konkurenta.


Jaki zatem sposób jest najskuteczniejszy, aby nie wpaść w pułapkę "groźnego d'Hondta", ale wykorzystać dawane przez niego możliwości do maksimum?


Niezbędne jest tutaj zejście na poziom poszczególnych okręgów wyborczych i tego, w jaki sposób odbywa się w nich podział mandatów. A tu okazuje się, że nie tylko najwięksi się liczą. Duże znaczenie ma też to, kto weźmie trzeci i czwarty mandat. Świetnie to tłumaczy ten filmik zamieszczony na Twitterze. Spróbujmy to wyjaśnić i „odczarować” metodę d’Hondta.


Jak działa system d’Hondta?

W wielkim skrócie odnosi się on do podziału mandatów – ale nie w skali kraju, tylko danego okręgu wyborczego, gdzie „jest do wzięcia” od kilku do kilkunastu mandatów. Całkowita liczba głosów w kraju nie ma więc aż takiego znaczenia, dopóki żadna z list nie znajdzie się pod progiem wyborczym. Przypomnijmy sobie, że to już się raz wydarzyło w roku 2015, kiedy koalicja Lewicy nie przekroczyła progu wyborczego, co w praktyce dało PiS bonus mandatowy i samodzielne rządy.


W praktyce odbywa się to tak, że liczbę głosów oddanych na poszczególne komitety dzielimy przez kolejne liczby naturalne (1, 2, 3 ….).


Przykładowo mamy 5 komitetów (w nawiasach okrągłych podano liczbę uzyskanych przez nie głosów) i 6 mandatów (w nawiasach kwadratowych przyporządkowanie mandatów):


Komitet 1

(30.000)

Komitet 2

(27.000)

Komitet 3

(12.000)

Komitet 4

(6.000)

Komitet 5

(15.000)

liczba głosów / 1

30.000 [1]

27.000 [2]

12.000 [6]

6.000

15.000 [3]

liczba głosów / 2

15.000 [4]

13.500 [5]

6.000

​3.000

7.500

liczba głosów / 3

10.000

9.000

4.000

2.000

5.000

Mandaty

2

2

1

1

W ten sposób uzyskuje się malejące wielkości, które porównywane są następnie z wynikami wszystkich komitetów biorących udział w wyborach i szeregowane w kolejności od największej do najmniejszej.

  1. Komitet 1 (30.000) - mandat [1]

  2. Komitet 2 (27.000) - mandat [2]

  3. Komitet 5 (15.000) - mandat [3]

  4. Komitet 1 (15.000) - mandat [4]

  5. Komitet 2 (13.500) - mandat [5]

  6. Komitet 3 (12.500) - mandat [6]

  7. Komitet 2 (10.000) - bez mandatu

Mandaty przydziela się zgodnie z określoną w ten sposób kolejnością, poczynając od najwyższego wyniku do najniższego, aż do momentu, gdy liczba dostępnych miejsc zostanie wyczerpana.


Załóżmy, że Komitet 2 w jakiś sposób przekonał do siebie część zwolenników Komitetu 3 (w poniższym przykładzie 1.500 głosów), a drugie tyle zrezygnowało z głosowania.


Komitet 1

Komitet 2

Komitet 3

Komitet 4

Komitet 5

liczba głosów / 1

30.000 [1]

28.500 [2]

(+1.500)

9.000 (-3.000)

6.000

15.000 [3]

liczba głosów / 2

15.000 [4]

14.250 [5]

4.500

3.000

7.500

liczba głosów / 3

10.000 [6]

9.500

3.000

2.000

5.000

Mandaty

3

2

1

Okazuje się, że Komitet 2, choć pozyskał wyborców, nic nie zyskał w mandatach. Zyskał natomiast ten, który miał już najwięcej, a mandat utracił Komitet 3.


A jak wygląda sytuacja, gdy Komitet 2 i 3 połączą siły w jedną listę? Tu musimy przyjąć poprawkę, że głosy nie sumują się w prosty sposób, więc część zwolenników mniejszego komitetu wykruszy się albo nie idąc do wyborów, albo głosując na inne komitety niż ten koalicyjny. Niektóre szacunki oparte o dane historyczne mówią o tym, że może to być nawet 1/3 potencjalnych wyborców.

Załóżmy więc następujący rozkład głosów z Komitetu 3:


Z wyjściowych 12.000

  • 8.000 dla Komitetu koalicji 2+3 (utrata 30% głosów z uwagi na jedną listę)

  • 2.000 – rezygnuje z głosowania

  • 1.000 – dla Komitetu 5

  • Po głosów 500 dla Komitetu 1 i Komitetu 4

Komitet 1

Komitet 2 i 3

Komitet 4

Komitet 5

liczba głosów / 1

30.500 [1]

(+500)

35.000 [2]

(+8.000)

6.500

(+500)

16.000 [4]

(+1.000)

liczba głosów / 2

15.250 [5]

17.500 [3]

3.250

8.000

liczba głosów / 3

​10.166

  1. [6]

2.166

5.333

Mandaty

2

3

1

Jak widać, połączone komitety nie mają żadnej premii w postaci dodatkowych mandatów w odniesieniu do tego, kiedy startowałyby osobno, a część potencjalnych głosów została rozproszona / stracona.


Wreszcie ostatni wariant: Komitet 2 w skali kraju przejmuje tylu wyborców z Komitetu 3, że ten ląduje pod progiem. Jednakże w danym okręgu wyniki się nie zmieniają.

Komitet 1

Komitet 2

Komitet 3

Komitet 4

Komitet 5

liczba głosów / 1

30.000 [1]

27.000 [2]

0

(12.000)

6.000

15.000 [3]

liczba głosów / 2

15.000 [4]

13.500 [5]

0

(6.000)

3.000

7.500

liczba głosów / 3

10.000 [6]

9.000

​0

(4.000)

2.000

5.000

Mandaty

3

2

1

W tym wariancie faktycznie największe ugrupowanie przejmuje mandat, gdyż głosy oddane na Komitet 3 nie liczą się do puli, a proporcja rozkładu głosów jest z korzyścią dla Komitetu 1.


Oczywiście, przy innych liczbach wyniki mogą być nieco inne. Niemniej, jak wskazują te dość proste symulacje, najważniejsze jest to, aby wszystkie partie opozycyjne znalazły się ponad progiem wyborczym. Rozkład głosów w opozycji jest przy podziale mandatów mniej istotny. Symulacje ilustrują również, że wspólna lista nie musi być premiowana dodatkowymi mandatami. Jeśli partie opozycyjne nie zdecydowały się na jedną listę, to głosujący mają większy wybór. Opozycja nie musi na tym stracić, a obywatele zyskają możliwość głosowania na to ugrupowanie, które jest im najbliższe. Warto przekuć to w atut.


Istnieje jeszcze jeden ważny czynnik. Patrząc na sondaże ekscytujemy się często procentami poparcia, ale znów zapominamy o tym, że mandaty dzielone są nie w skali ogólnopolskiej, ale odrębnie w 41 okręgach wyborczych. A tu wyniki poparcia partii zwykle odbiegają od wyników ogólnopolskich. Nie od dziś wiadomo, że w dużych ośrodkach miejskich z reguły zwyciężają ugrupowania będące obecnie w opozycji. PiS ma przewagę na terenach mniej zurbanizowanych. Natomiast nie przekłada się to na podział mandatów. Duże miasta i ich rejony mają niedoważoną liczbę mandatów, więc zdobycie jednego miejsca w Sejmie wymaga dużo większej liczby głosów. Natomiast w mniejszych okręgach do uzyskania mandatu potrzeba ich znacznie mniej.

Dodatkowo wszystkie głosy oddane poza granicami Polski doliczane są do okręgu warszawskiego, co w jeszcze większym stopniu zmniejsza ich indywidualną siłę oraz znaczenie okręgu warszawskiego, gdzie dominują wyborcy opozycji.

W efekcie uzyskanie rekordowo wysokiego poparcia w Warszawie i jej okolicach, Trójmieście czy na Śląsku nie przełoży się na znacząco większą liczbę mandatów dla opozycji, mimo że jej słupki procentowe w ogólnopolskich sondażach mogły uprzednio wzrosnąć.


Dość zaskakującym wnioskiem jest ten, że wyborcy opozycji mieszkający od jakiegoś czasu w dużych aglomeracjach, ale będący nadal w spisie wyborców w mniejszych miejscowościach, lepiej mogą przyczynić się korzystnemu wynikowi dla opozycji głosując w miejscach skąd pochodzą.


Wybory trzeba wygrać w mniejszych ośrodkach. A tam z kolei największą szansę daje zmobilizowanie wyborców, zwykle niegłosujących, oraz zdobycie poparcia u tych, którzy nie są zbyt przychylni największemu ugrupowaniu opozycyjnemu, ale niekoniecznie są zagorzałymi zwolennikami PiS. Trzeba dać im możliwość wyboru innej partii demokratycznej opozycji. W przypadku wspólnej listy ich głosy mogłyby "zostać na kanapie" lub zasilić partię rządzącą i zwiększyć jej pulę mandatów. Mogłoby się stać dokładnie to, czego chce uniknąć opozycja.


Jak widać, jedna lista to nie tylko same zyski, ale też znaczące ryzyko potencjalnych strat. Metoda D'Hondta jest tylko jednym z elementów tej układanki.


Warto to uwzględnić.

Aktuelle Beiträge

Alle ansehen

Commentaires


bottom of page